Zaznacz stronę

Tak się zastanawiałem,  o czym napisać najpierw, aby właściwie rozpocząć tego bloga.. I tak obmyślając różne warianty. Doszedłem do wniosku, żeby napisać o rozdawaniu serca(lub też, jak kto woli) dawaniu siebie, swojego czasu innym ludziom. 

Tak, ale teraz najprawdopodobniej pasowałoby postawić sobie pytanie, co, to właściwie znaczy “rozdać serce” jak to rozumieć? Na świecie jest, ogólnie przecież tak wielu ludzi, którzy działają, pracują i pomagają sobie wzajemnie, ale pomagają też innym osobom.. Każdy z nas tak naprawdę może powiedzieć, że słyszał o kimś, albo zna kogoś, kto robi robi dobre rzeczy, względem innych.

Poza tym przecież, mimo tych wspomnianych we wcześniejszym wpisie spraw i sytuacji problematycznych, poruszanych w mediach, są też takie ,które promują dobro. Np: istnieje cała masa organizacji, albo wprost konkretnych zbiórek środków, po to aby komuś pomóc. Takie akcje, uważam zresztą są mega ważne i potrzebne jednak, nie o tym teraz.

O tym, jak pomagać.

Dla pełnej jasności, posłużę teraz się dość świeżym przykładem z ostatnich kilku dni mojego życia.  Mianowicie dwa tygodnie temu, wróciłem akurat do domu, z dwutygodniowych wczasorekolekcji dla niepełnosprawnych, w Dąbrowicy(taka wioska pod Lublinem). Były to dla mnie już 3 takie rekolekcje, a, tak się akurat składa, że teraz nawet, odbywa się tam drugi turnus w tym roku, który nawet dopiero co  wystartował.

Wiem, doskonale, że przyjeżdżają tam, także osoby, dla których Dąbrowica jest jak drugi dom. Wiem, że jest czasem i miejscem, na które czekają z utęsknieniem przez cały rok. Ponieważ, to jest dla nich jedyne 2 tygodnie w roku, kiedy czują się zauważeni, wysłuchani czy nawet wprost kochani. Ja sam chociaż, nie patrze na Dąbrowice w tych kategoriach, ponieważ akurat, moje życie tak się potoczyło, że przez ostatnie 4 lata, miałem możliwość zwiedzić kawałek świata( o tym, będę jeszcze pisał później ) – to również kocham to miejsce..

Kocham je, bo poznałem tam, wielu wspaniałych ludzi, z którymi mam obecnie bardzo bliskie relacje przyjaźni.  Po drugie Dąbrowica jest dla mnie ważna, bo tam zupełnie bezpośrednio, mogę spędzić czas, także właśnie z innymi niepełnosprawnymi. A, jestem przekonany nie od dziś, że to właśnie z ich powodu, mam robić to co robię. Po trzecie i to raczej jest najbardziej istotne.

Z roku na rok, coraz dobitniej przekonuje się o tym, że Dąbrowica nie jest tylko i wyłącznie miejscem, które działa tylko w stronę tych, których można nazwać podopiecznymi. Ale leci konkretnie po całości.  To znaczy, działa tak samo( a nawet chyba jeszcze mocniej ) na wolontariuszy. Ludzi, którzy jeżeli są pierwszy raz, nie mając wcześniej styczności, ani żadnego doświadczenia, muszą sobie radzić. Robiąc to, co, na co dzień robi każdy rodzic, bądź opiekun osoby niepełnoprawnej – krótko mówiąc dosłownie jedna wielka terapia, dla każdej ze stron.

W tym wszystkim najlepsze jest jednak, to, że wielu z tych młodych ludzi chce tam wracać, na kolejne turnusy! Co jest o tyle zabawne, że wiem dobrze, że są tacy ludzie, którzy mimo, że mają styczność z niepełnosprawnością np we własnej rodzinie, przyznają, że nie potrafili by tak jechać by pomóc komuś innemu 🙂

Jeden z moich przyjaciół, w tym roku zresztą zauważył, że to miejsce jest także dobre dla tych, którzy przyjeżdżają tam jako diakoni w ramach przygotowań do kapłaństwa.

Powiedział, że te osoby nie będą już teoretykami, w kwestii podejścia do sytuacji rodzin z takimi osobami. Lecz dzięki temu, będą potrafili, realnie zrozumieć ich sytuacje, i to jest kolejny konkret! No i nie zapominając, trzeba przyznać, że nie brakuje tam też czasu na modlitwę. Nie ważne, czy jest ona wspólna czy prywatna ona tam po prostu jest, każdego dnia 🙂

Niektórzy mówiąc o Dąbrowicy, mówią, że jest to jakieś dziwne magiczne miejsce. Ja natomiast, tak bym tego nie nazwał, ale osobiście dostrzegam w Dąbrowicy, miejsce bezpośredniego działania Boga. To, co tam się wyprawia, to jest nic innego jak ewangelia w najprostszym jej wydaniu! Nieraz wymagająca to prawda, ale jestem przekonany, że właśnie o to chodziło Jezusowi Chrystusowi, gdy 2000 lat temu chodził po ziemi i nauczał ludzi 😉

Tu, jest istota wszystkiego, ludzie tak chętnie tam chcą wracać, bo tam mogą na własnej skórze, spróbować bycia z drugim człowiekiem. Tak jak On sam to czynił i to jest według mnie petarda! Bo tak właśnie rodzi się ewangelia, w ludziach, tak powstają ci którzy są apostołami i sługami Boga Żywego 🙂

Ale, nie tylko tam

Jednak, tak jak wspomniałem na początku, ja na takie miejsca, jak Dąbrowica patrzę nieco inaczej niż inni. Patrzę inaczej z tego względu, że od kiedy się nawróciłem, to dzięki Bogu miałem już okazje nie jednego wyjazdu. W którym, osobiście na każdym kroku poznawałem i wciąż poznaje, ludzi gotowych mi pomagać, we wszystkim czego tylko potrzebuje. Co jest jeszcze w tym wszystkim ciekawe, to, to, że pomocy udzielali mi często ludzie, krótko mówiąc poturbowani życiowo..

To znaczy często trafiałem do miejsc, i miałem okazje współpracować z ludźmi, którzy w swoich życiorysach mieli alkohol, narkotyki, więzienie..  Tak naprawdę, to, do takich właśnie ludzi zostałem wysłany najpierw i z nimi uczyłem się przełamywać pierwsze bariery.

To jest oczywiście zupełnie inna bajka, niż Dąbrowickie zacisze. Pamiętam reakcje mojej mamy , na wieść o pomyśle mojego pierwszego wyjazdu, tym bardziej gdy zapoznała się z historią  człowieka, który mnie zaprosił. 🙂

Łapała się wszystkiego, widać było, że nie była przekonana. Leciały teksty typu: ” ten człowiek,  nie ma zielonego pojęcia, na co się porywa!”, “prawdopodobnie, nigdy nawet nie miał styczności z takimi ludźmi jak ty”. Brat z kolei starał się uświadomić mnie, że jeżeli gość, był narkomanem, to zawsze może do tego wrócić, więc jest ryzyko..

Ja jednak, mając już dość siedzenia w domu, i będąc szczerze ciekawym całego pomysłu, postawiłem sprawę jasno: “Jestem dorosły, jadę, i nikt nie ma prawa mi tego zabronić!” i ostatecznie pojechałem, ale mama zastrzegła sobie, że mam dzwonić jak tylko coś będzie nie tak.. Nie zadzwoniłem, ona zrobiła to pierwsza! 🙂  Gdy tylko usłyszała po moim głosie, że wszystko gra, to się uspokoiła. Zresztą sam jej to relacjonowałem w dość jasny sposób: “Mamo, jest elegancko,robimy to, i to!” – A  teraz uważaj!

Po moim powrocie, do domu powiedziała mi tylko, że jak usłyszała moją radość, automatycznie przestała się bać. Wtedy poczuła, że po raz pierwszy od 20 kilku lat, ma wolne! Mało tego, podobno nawet opowiadała o wszystkim, każdemu napotkanemu znajomemu. A, mnie ostatecznie dziękowała, że postawiłem na swoim i tam pojechałem. – Czy, ty, to czaisz?!

A teraz do puenty tego wpisu..

Widzisz, ja przez te ostatnie kilka lat, pracy z tymi wszystkimi ludźmi, których Bóg stawiał mi na drodze. Nauczyłem się nie oceniać nikogo, dopóki go nie poznam. Teraz ludzie niestety, ale często tak robią. To znaczy,oceniają drugiego nie próbując wejść z tą osobą w jakąkolwiek interakcję, a to jest często bardzo mylne.  Mało tego, ponieważ poznając tych wszystkich ludzi, coraz częściej dochodzę do wniosku, że to nie ja tak naprawdę jestem niepełnosprawny..

Dlatego, że moja niepełnosprawność polega jedynie na fizyczności. Ponieważ moja choroba sprawiła, że nigdy nie miałem okazji chodzić tak jak inni o własnych siłach. Od zawsze poruszam się na wózku(tak zasadniczo, mam w pełni sprawną tylko jedną rękę, no i głowę i wiadomo.. 🙂 ).

Jednak, gdy spotykam człowieka, któremu to wszytko działa poprawnie, ale nie jest wstanie się cieszyć z życia.  Tylko cały czas katuje się jakimiś smętami. Albo, też wciąż zastanawia się czy Bóg, jest czy Go nie ma.. To napiszę, to zupełnie szczerze,  dla mnie takiemu gościowi, dużo bardziej jest potrzebna pomoc, niż mi 🙂 A, to dlatego, że ja swojej niepełnosprawności, wcale nie wybrałem. Ja, ją po prostu dostałem w pakiecie, i ją ostatecznie przyjąłem, działając mimo wszystko! 🙂

Natomiast, człowiek, który jest fizycznie w pełni sprawny, który nie potrafi widzieć dobra, i tylko lamentuje nad swoim życiem. Jak dla mnie jest tak samo niepełnosprawnym. Tyle, że już z własnego wyboru.. – to jest dopiero smutne!

Zresztą święty Paweł, w jednym z listów, bardzo dosadnie piszę:

o działaniu z kim się da, i gdzie się da, dla Bożej Chwały!:

“Tak więc nie zależąc od nikogo, stałem się niewolnikiem wszystkich, aby tym liczniejsi byli ci, których pozyskam.  Dla Żydów stałem się jak Żyd, aby pozyskać Żydów. Dla tych, co są pod Prawem, byłem jak ten, który jest pod Prawem – choć w rzeczywistości nie byłem pod Prawem – by pozyskać tych, co pozostawali pod Prawem. Dla nie podlegających Prawu byłem jak nie podlegający Prawu – nie będąc zresztą wolnym od prawa Bożego, lecz podlegając prawu Chrystusowemu – by pozyskać tych, którzy nie są pod Prawem. Dla słabych stałem się jak słaby, by pozyskać słabych. Stałem się wszystkim dla wszystkich, żeby w ogóle ocalić przynajmniej niektórych. Wszystko zaś czynię dla Ewangelii, by mieć w niej swój udział. (1 Kor 9, 19-23)”

Dlatego właśnie wychodzę do ludzi, i każdej osobie, z którą przychodzi mi pracować, jeżeli tylko chce, pozwalam sobie pomóc. A jeżeli mnie pyta, co sprawia, że ja się tak wciąż uśmiecham, mając przy tym ogromny dystans do siebie? Mówię mu o Bogu, mówię: ” Ty mnie pytasz, czemu się śmieje? To proste! Cieszę się, bo Jezus jest prawdą, ziom!” – A więc usłysz to! 😀  Nie przekreślam nikogo, ale każdemu staram się rozdawać serce, bo widzę tego efekty!

Kiedyś, na 1 z wyjazdów, podeszła do mnie młoda dziewczyna, która powiedziała mi tylko: “Mateusz, dziękuje ci, że tu jesteś. Ponieważ, do tej pory zawsze, myślałam, że osoby niepełnosprawne, to muszą być strasznie smutnymi ludźmi. Dlatego, gdy usłyszałam, że będzie tu osoba na wózku, bałam się, że będziesz tylko narzekać! A, ty jesteś zupełnie inny, ty się wciąż śmiejesz! Dzięki tobie, moje postrzeganie takich ludzi się zmienia..”

Właśnie dlatego, jestem o tym absolutnie przekonany, że jeżeli nasza sytuacja ma zmienić, to nie ma lepszej drogi, niż ta.

Tu, krzyki nic nie pomogą, jeżeli nie pozwolimy ludziom się poznać i pomóc, bo to działa w dwie strony..  Zauważ, ze Jezus zasadniczo, to nie krzyczał, oczywiście miał momenty kiedy zdecydowanie podnosił głos.  Były to jednak, konkretne sytuacje, jak ta, kiedy musiał wywalić kupców ze świątyni.. Na ogół jednak, nie krzyczał, a i tak potrafił się wybronić przed atakami. On po prostu wiedział co ma robić i to robił..  A, ja chcę iść za nim! Jak piszę zresztą ewangelista, apostoł Mateusz:

“Oto mój Sługa; którego wybrałem, Umiłowany mój, w którym moje serce ma upodobanie. Położę ducha mojego na Nim, a On zapowie prawo narodom.  Nie będzie się spierał ani krzyczał, i nikt nie usłyszy na ulicach Jego głosu. Trzciny zgniecionej nie złamie ani knota tlejącego nie dogasi, aż zwycięsko sąd przeprowadzi. (Mt 12, 18-20)” 

Dobrego czasu, Amen!